Jest zimowy wieczór, krzątam się po garażu aż tu niespodziewanie dzwoni Aparatos (czyli dyrektor Muzeum Motoryzacji i Techniki w Ligocie) z pytaniem czy nie miałbym ochoty przejechać się z nim do Rumunii… Oczywiście, że chcę! Ale muszę tam jechać warszawa, a ona stoi bez silnika…
To był bardzo męczący czas, prace były prowadzone tylko wieczorami gdy dzieci już spały. Ale udało się! 5.06. po pracy jadę zatankować auto. Leję do pełna. Stoję przy kasie i tylko obserwuję jak kałuża pod autem się powiększa… Zbiornik jest dziurawy, a paliwo tryska na rozgrzana rurę wydechową. W domu spuszczam paliwo i zaklejam otworek specjalnym” KIT TANKIEM”. Jest 6.06.2019 wsiadam w Warszawę i ruszam do Krakowa, niestety już w okolicy Prażmowa mam problemy z zapłonem a jak na złość zrywa się ogromny deszcz, kilka telefonów do Paderewsku i jakoś jadę dalej. Mijam Grójec i jadę ekspresówką w kierunku Białobrzeg… i tu niestety dzieje się coś dziwnego. Samochód cały się trzęsie, a ja podejrzewam uszkodzenie docisku sprzęgła. Zatrzymuję auto i i zaglądam pod maskę – nic. zaglądam pod wóz… rozerwał się przegub na wale… Normalnie chce się płakać. Telefon do kilku osób, jednak Tomek podnosi mnie na duchu. Tymczasem odkręcam wał i tata holuje mnie do domu. Na miejscu ja wykręcam stary wał a tata jedzie do blacharza aby zabrać wał z warszawy garbatej. W międzyczasie wyciągam wał z zapasowego żuka, z dwóch składam jeden i montuję do auta. Runda po wsi i jest ok ale wóz się dławi.. stawiam na kondensator … i działa! Jesteśmy gotowi do drogi( 2 wał bierzemy na zapas). Jest 23.45 i ledwo żyjemy, omija nas też impreza integracyjna w Krakowie…
Jest 7 czerwca godzina 3 rano, odpalam warszawę i w drogę ( tata jedzie asekuracyjnie w124, którego po drodze zostawimy). Dojeżdżając do Krakowa ok godziny 8 zaczyna mi brzęczeć tłumik( i to już mi towarzyszy do końca). Na miejscu oklejanie aut i wywiad do TV WYWIAD TUTAJ.
Ruszamy ze stadionu Cracovii, wybierając trasę, którą kilkadziesiąt lat temu Polacy podróżowali na wakacje. Po drodze porzucamy w124 w Rabce i odwiedzamy naszą byłą syrenę 105L. Tankujemy w Gorlicach. Gdzieś przed granicą w Vallaj (Węgry) dziewczynom z malucha rozpada się koło. Szybka wymiana i jedziemy dalej. Następny przystanek to stacja benzynowa już w Rumunii.
Po przejechaniu 850 km Warszawą docieramy do Satu Mare, trochę błądzimy po mieście ale docieramy do hotelu i po ubogiej kolacji padamy spać.
Następny dzień zaczynamy od wizyty w prywatnym muzeum Dacii . Uczestniczyliśmy w lokalnym spotkaniu z klubem Dacii . Oglądając wersje coupe(!) czy czarną securitate… (wóz w swoich czasach straszny, ale jakże piękny). Po postoju na przepięknym placu obok parku ruszyliśmy dalej do zamku pod Satu Mare oraz baseny termalne w TASNAD gdzie dłużej odpoczęliśmy w jeszcze bardziej gorącej wodzie niż otoczenie 🙂 Następnym punktem była Marghita, tam w asyście policji odbyliśmy paradę ulicami miasta oraz uczestniczyliśmy w spotkaniu z Burmistrzem, który to raczył nas własną Palinką. ( Marghita to miasto partnerskie Legionowa) . Na drugi dzień dzięki jego uprzejmości pluskaliśmy się w basenach termalnych a po tym kibicowaliśmy wyścigowi kolarskiemu, gdzie jechał nawet jakiś polak. A burmistrz jeszcze częstował nas swoimi czereśniami.:)
Kolejne odwiedzone miasto to Arad (i chyba ono najbardziej mnie urzekło). Wprawdzie właśnie tutaj strzelił nam wąż od hamulców. Ale póki co stawiamy auto przed ratuszem i spacerujemy po mieście. ARAD
Tutaj zaprzyjaźniliśmy się z Otą, który pomagał nam w naprawie warszawy. Tzn zaraz po śniadaniu ruszamy w poszukiwaniu tramwaju, który zawiezie nas pod Primarię ( ratusz) gdzie stoi wóz. Oczekiwania na tramwaj spełzły na niczym więc idziemy pieszo. Wtedy słyszymy dzwonek i to motorniczy zatrzymał się pomiędzy przystankami i woła nas abyśmy wsiedli( w Polsce nie do pomyślenia) Szczęśliwi kupujemy bilety i jedziemy dalej. Niestety na miejscu okazuje się, że nasze części zapasowe lekko różnią się od tych które mamy w aucie… ( przewody od wołgi) Jeździmy z Otą oltcitem i szukamy sklepów/ tokarzy. Ostatecznie z pomocą przychodzi Michał i pożycza nam łącznik dzięki któremu łatamy jakoś te hamulce i możemy jechać dalej 🙂
Kolejnym miastem jest Timoszoara, przepiękne miasto pełne kwiatów. Miasto w którym zaczęła się rewolucja 20 grudnia 1989 Timiszoara. My zaczynamy poważnie myśleć o zakupie Dacii, na aucie wieszamy kartkę – organizator mówi, że to nawet spoko.
Tutaj udzielamy wywiadu do rumuńskiej TV i spotykamy się w burmistrzem. Po południu docieramy do Lugoj, gdzie wita nas miły burmistrz rockman. Lugoj
Tu też zjeżdżamy sobie warszawą po schodach a w kinie oglądamy film o mieście.
Wieczorem docieramy do Caransebes. Parkujemy na deptaku (auta całą noc dozorowała policja) i kosztujemy koniaku czekając w knajpie na złożenie zamówienia 2h(!).
Na drugi dzień przy autach odbywa się spotkanie z władzami i pokaz tańca lokalnej grupy. Bardzo to naprawdę bardzo fajne! Widząc nasze ogłoszenie o chęci zakupu dacii przychodzi do nas miła starsza Pani. Nie znamy rumuńskiego i wołamy jedną z organizatorek na pomoc. Okazuje się, że owa Pani ma dacię z początku produkcji, auto zostało po mężu, chcemy iść obejrzeć, ale od tłumaczki dowiadujemy się, że ta pani na kogoś czeka jeszcze 10 minut… (ciekawe) Po czym zjawa się organizator wyjazdu. Jesteśmy zadowolenia bo przecież obiecał nam pomoc w zakupie wozu. Niestety zaczynają rozmawiać po rumuńsku wyraźnie mnie ignorując, gdy zacząłem się dopytywać to krótko powiedział, że auto jest stare i nie ma papierów i na pewno niesprawne. Kazał nam iść na obiad mówiąc, że ja nie pójdę tego auta oglądać… Zamurowało mnie… po obiedzie przyjechali pochwalić się zakupem jasnej Dacii, która rzekomo niesprawna i bez dokumentów nie miała problemu z przyjechaniem… Od tej pory wyjazd nie sprawiał nam już takiej radości. Skoro przy tym się zawiodłem to co mnie jeszcze spotka po drodze? podkupiona przez organizatora Dacia wyglądała ciekawie( zresztą cena chyba też była atrakcyjna). Ale to w jaki sposób potraktował mnie i mojego tatę jest po prostu skandaliczny. Przecież te auta to głownie przygoda ich odnajdywania i wyciągania z garaży pełnych pajęczyn… i tego jest mi bardzo żal.
Wieczorem docieramy do Drobeta Turnu-Severin, gdzie nocujemy w internacie.
Rano odwiedzamy Primarię, wywiady na tle naszej warszawy ( jako najstarszego pojazdu wyprawy). mieliśmy przyjemność oglądać Atlas świata z 1736go i go nawet dotykać(!).
Stąd udaliśmy się do Orsovej, gdzie czekały na nas motorówki, którymi opłynęliśmy przełom Dunaju czyli tzw. Żelazne wrota oraz oglądaliśmy 50 metrową rzeźbę Decebala, ostatniego króla Daków .
Po tym pojechaliśmy do Krajovej, gdzie spotkaliśmy się z żołnierzami polskimi stacjonującymi w ramach NATO.
W tym mieście produkowano niegdyś Oldcita, więc nasz Czeski kolega był wniebowzięty( aktualnie produkcję swoich aut prowadzi ford).
Przedsiębiorczy Rumun pokazywał nam ciekawą Dacię z 2 litrowym silnikiem z Laguny, jednak jakoś nas nie zachwyciła:)
Pojechaliśmy przez góry aby odwiedzić prawosławny klasztor Manastirea Lainici Klasztor
gdzie ugoszczona nas posiłkiem:)
Wieczorem zatrzymaliśmy się w górach Retezat koło Hateg. Gdzie mieliśmy kolację dzięki firmie Gannet, która to wyposażyła nasze pojazdy w systemy lokalizacji.
Na drugi dzień, wraz z Aparatosem oraz Dacią ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Organizator zatankował nam auta oraz próbował się jeszcze tłumaczyć tacie ( ja już nie mogłem na niego patrzeć) z sytuacji w Caransebes: ” ja takiej nie miałem i musiałem ją kupić”.
Poprzez góry, gdzie trafiliśmy na obłędne remonty i straszną temperaturę ( w pewnym momencie jechałem w samych gaciach) jadąc przez Oradeę Agttelek Miszkolc, Debreczyn, Poprad ( i to właśnie na drodze do Popradu przeżywałem najtrudniejsze chwile. Ciemna noc, światła raczej nie doświetlały nam zakrętów, a agrafek było co niemiara, w dodatku hamulce zaczynały nam mocno niedomagać.O 2 w nocy dotarliśmy do Chabówki a hamulce wylały… Tam zostawiliśmy warszawę ( z uwagi na planowany udział w Parowozjadzie od koniec lipca) i na drugi dzień(a w zasadzie ten sam) ruszyliśmy mercedesem do domu.
W większości wyjazd uważam za bardzo udany. Poznaliśmy kilka wyjątkowych osób, które też trochę podróżowały z nami warszawą. Oraz nawiązaliśmy kontakt z prezesem klubu DRUM BUN George z Satu Mare i liczymy, na kolejne spotkania w PL i RO. Szkoda tylko Dacii 1300 z Caransebes. Co ciekawe w aucie wymieniono pompę hamulcową oraz przewody wysokiego napięcia i wóz wracał z całą caravaną swobodnie…
A auto mimo kilku defektów uważam za bardzo komfortowe i jeszcze raz bym spokojnie pojechał. Także kierunek Rumunia już za rok!

































































































































































































































































